OPIEKUNOWIE, LIDERZY

 

"Skoro Panie dałeś mi ten lud
który ma gorące serce, twardy kark,
prowadź mnie bym potrafił go paść,
przez mą słabość objaw swoją moc".

                                Wspólnota Miłości Ukrzyżowanej

KAPŁANI - opiekunowie wspólnoty "Miłosierdzie"

Ks. Andrzej Łada
Opiekun wspólnoty od września 2012r

Ks. Arkadiusz Ryłka
Opiekun wspólnoty w latach 2010 - 2012
Obecnie Ks. Arek jest wikariuszem w parafii Wniebowzięcia NMP w Sokołach.

Ks. Dariusz Kłosiński
Opiekun wspólnoty w latach 2009-2010
Obecnie Ks. Darek jest wikariuszem w parafii Najświętszego Serca Jezusowego w Małkini

Ks. Dariusz Wizner
Opiekun wspolnoty w latach 2007-2009
Obecnie Ks. Darek jest proboszczem parafii w Szczepankowie

Ks. Robert Śliwowski
Opiekun wspólnoty w latach 2004-2007
Obecnie Ks. Robert jest Dyrektorem administracyjnym w WSD w Łomży.

Ks. Artur Szurawski
Pierwszy Opiekun wspólnoty - w latach 2001-2004
Obecnie Ks. Artur jest Kanclerzem Kurii Diecezjalnej w Lomży

LIDERZY - świeccy odpowiedzialni za wspólnotę

Ala Pyśk
Liderka wspólnoty w latach 2006-2009 oraz 2012-2015

Zosia Bikowska
Liderka wspólnoty w latach 2009-2012


Dorotka Wysocka Roszkowska
Liderka wspólnoty w latach 2002-2006

+ Krzysztof Bożykowski
Pierwszy Lider wspólnoty w latach 2001-2002
V-ce Lider w latach 2012-2015

 

 

13. XI. 2017 w godzinie Miłosierdzia,
po długiej chorobie odszedł do Domu Ojca

+ Krzysztof Bożykowski


Związany z Odnową w Duchu Świętym
od 1997r. Był pierwszym liderem
wspólnoty"Miłosierdzie"
w Ostrowi Mazowieckiej
i pozostał nim nieformalnie do końca.
Przez kilka lat był współprowadzącym
łomżyńska Stałą Formację.

Krzyś był naszym drogim przyjacielem,
najlepszym z nas, człowiekiem modlitwy
o niezwykłej dobroci, delikatności,
kulturze i mądrości życiowej.
Był pierwszym liderem naszej wspólnoty-
i nigdy nie przestał nim być –
zatroskany o wspólnotę i każdego z nas.
Straciliśmy kochanego przyjaciela,
ale zyskaliśmy nowego orędownika w Niebie.
Pokój jego duszy...



------------------------------------------------
KILKA WSPOMNIEŃ O KRZYSIU

Krzysia po raz pierwszy spotkałam w 2001r podczas zakończenia Rekolekcji Ewangelizacyjnych Odnowy w Duchu Świętym w naszej parafii, w których uczestniczyłam. Służył do Mszy świętej. Zwróciła moją uwagę jego uśmiechnięta, pełna czystej dobroci twarz, podczas wspólnego śpiewu piosenki „To Ty, to Ty... Bóg wszechmocny Adonai”. Pomyślałam sobie wtedy, jaki to musi być bardzo dobry człowiek... Ta moja pierwsza myśl potwierdzała się przez kolejne 16 lat, kiedy poznawałam Krzysia bliżej.
Byliśmy w jednej wspólnocie, której Krzyś był pierwszym liderem, a po kilku latach prowadziliśmy wspólnotę razem jako liderka i wice lider. Uczyłam się od niego niezwykłej solidności, dobroci, ufności i spokoju, troski o innych. On zawsze miał dla każdego czas, zawsze gotowy do pomocy, rady, modlitwy. Każdy był dla niego jednakowo ważny. W czasie swojej choroby, kiedy już nie mógł uczestniczyć w spotkaniach- do końca był dla nas dyspozycyjny. Cieszył się naszymi radościami i przeżywał razem z nami trudności. Cierpienia i ból ofiarowywał za innych. Również wiele moich osobistych trosk spoczęło na jego sercu. Dziś dziękuję Bogu, że mogłam poznać Krzysia- najlepszego z nas i wiem, że będzie dalej nam służył i jeszcze skuteczniej – bo przed Tronem Tego, którego ukochał i któremu pozostał wierny do końca.
Ala Pyśk

-----------------------------------------------------------------------------------
We wspólnocie Odnowy w Duchu Św Miłosierdzie jestem 8 lat. Krzysia pamiętam od początku. Zauważyłam go od razu bo rzucało się w oczy Jego zaangażowanie w każdej posłudze, do której był powołany. Zawsze modlił się sercem, nie na pokaz, posługiwał charyzmatami, którymi Pan Go hojnie obdarzył i trochę mnie to dziwiło, że trafiają się tacy mężczyźni. W kontaktach prywatnych był zawsze delikatny i nigdy nie widziałam go zdenerwowanego. Jednak najbardziej bliskim mi był od czasu gdy zostałam liderem grupy. Krzyś już od jakiegoś czasu miał zdiagnozowaną ciężką chorobę. Po wyborach od razu zadzwonił do mnie i zaoferował swoją pomoc. Nie zamknął się w swym cierpieniu tylko modlił się za nas i działał. Gdy dzwoniłam do niego pomiędzy kolejnymi chemiami, nie zdarzyło się aby odmówił rozmowy i zawsze wspierał mnie w tej niełatwej posłudze. Będąc tak poważnie chorym nie odmówił mojej prośbie i nagrał trzy katechezy dotyczące Naszego Credo, które ze wzruszeniem słuchaliśmy na spotkaniach modlitewnych. Za Jego zgodą słuchały ich też inne wspólnoty. Największym darem od Boga dotyczącym Krzysia była łaska posługi przy nim w ostatnim tygodniu Jego życia. Na prośbę Ewy – żony Krzysia – kilka osób ze wspólnoty mogło pobyć przy nim po kilka godzin odciążając ją w opiece. Krzyś był, wydawało się, w całkiem dobrej formie. Godziny rozmów z nim, modlitw, głębokich rozważań i po prostu bycie z nim to doświadczenie, za które dziękuję Panu Bogu. Patrząc na Krzysia takiego jakiego ja znałam ufam, że jest już w niebie i cieszę się że Pan Bóg postawił go na mojej drodze życia.
Małgorzata Sadłowska
------------------------------------------------------------------------------------

Pierwszy raz do Odnowy w Duchu Świętym trafiłam około 11 lat temu. Przez długi czas ktoś zapraszał mnie na te spotkania ale nie miałam wówczas ochoty ani czasu na jakiekolwiek modlitwy i spotykanie się z ludźmi którzy uwielbiają Boga – Boga który zabrał mi Ojca jak byłam jeszcze małą dziewczynką i zostawił mnie samą. Z mamą nigdy nie miałam takich relacji jak z tatą.
Zdecydowałam się pójść na spotkanie grupy Miłosierdzie tylko dlatego aby ci którzy mnie namawiali dali mi spokój, bym mogła im powiedzieć, że byłam widziałam i nie chcę tam już więcej chodzić. Podczas spotkania modlitwa przebiegała, spokojnie i było miło ale tego dnia były imieniny Krzysia, każdy podchodził i składał życzenia, nie znałam człowieka ale wypadało podejść i również życzyć mu przysłowiowego „dużo zdrowia”. Zbliżając się do Krzysia układałam sobie w głowie życzenia co mam Mu powiedzieć lecz nie zdążyłam nawet otworzyć ust, a On przytulił mnie bardzo mocno do siebie i powiedział „NARESZCIE JESTEŚ”. Takiego uścisku nie przeżyłam od śmierci mojego Ojca, w tym uścisku mieściło się tak dużo: Ojcowska troska, życzliwość, miłość, serdeczność po prostu samo dobro. Przeżyłam wówczas szok! Ten człowiek przecież mnie nie zna, nie wie kim jestem, co się dzieje czy on na mnie czekał? Bardzo przeżywałam te słowa. Oczywiście poszłam jeszcze raz by się Mu bliżej przyjrzeć, by być w Jego pobliżu, potem kolejny raz i kolejny. Dzięki osobie Krzysia czułam się we wspólnocie bardzo potrzebna, zawsze mnie wspierał pomagała, dodawał odwagi kiedy Bóg przychodził z zaproszeniem do posług. Pamiętam kiedy miałam pierwszy raz prowadzić spotkanie, lękałam się bardzo oczywiście zwróciłam się z tym problemem do Krzysia, On mi tylko powiedział jedno zdanie „Nie przeszkadzaj Duchowi Świętemu”, to było tak celne, tak mi potrzebne w tamtym czasie. Krzyś zagrzewał zawsze do walki o dobro, o pokonywanie własnych słabości. Zawsze będą mi towarzyszył jego wspaniałe wskazówki i myśli które głęboko zapisałam w sercu. „NIE BÓJ SIĘ STRACIĆ TWARZ DLA JEZUSA” to usłyszałam od mojego duchowego taty kiedy bałam się przyjąć dar proroctwa, „NIE ZMARNUJ TEGO CO OTRZYMAŁAŚ” powtarzał.
Krzyś zawsze miał czas by wysłuchać, zawsze miał dobry humor, zawsze czekał kiedy tylko potrzebowałam rozmowy. Moich pierwszych posług w wspólnocie uczyłam się od Krzysia, modlitwy wstawienniczej, rozeznania słowa. Krzyś był też przyjacielem mojej rodziny dzieliłam się z nim różnymi problemami które dotyczyły życia mojej rodziny ale i radościami jakie ja i moja rodzina przeżywała. To Krzyś i Ewa byli przykładem rodziny jaką chcieliśmy z mężem stworzyć, byli dla nas małżeństwem z którego braliśmy przykład, miłość jaka od nich zawsze biła była do pozazdroszczenia i do naśladowania.
Odszedł od nas, ale nie odejdzie nigdy z mojego serca, On nie był tylko moim przyjacielem, był kimś więcej, był moim duchowym TATĄ i zawsze pozostanie. Czuję się dzisiaj kolejny raz osierocona jednak wiem że będzie czuwał z nieba. Będę się trzymała tych wskazówek które zapisałam sobie w sercu. By powiedzieć wszystko co Tobie zawdzięczam nie starczyło by chyba dnia, powiem tylko jedno Krzysiu dziękuję!! Dziękuję, że na drodze mojego życia Bóg postawił Ciebie.
Dorota Krasińska
--------------------------------------------------------------------------------

Krzysztof jest dla mnie człowiekiem wielkiej wiary. Nawet w chorobie jego wiara świeciła jasnym blaskiem. Pamiętam, jak któregoś dnia przyniosłem Krzysiowi Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie, bardzo bałem się tego w jakim stanie psychicznym i fizycznym spotkam Krzysztofa. Moje obawy jednak zniknęły kiedy ujrzałem jego twarz uśmiechniętą. Pamiętam jak powiedział do mnie, że nawet w chorobie Pan Bóg powołuje go do misji ewangelizacji. Podawał mi wiele przykładów spotkań z różnymi ludźmi w szpitalu i nie tylko, w związku z Jego chorobą. Tym wszystkim ludziom Krzysztof miał zawsze jedno do powiedzenia, że Jezus żyje. Piękne świadectwo życia wiarą. Panie Jezu dziękuję Ci, że pozwoliłeś mi w życiu spotkać Krzysia. Krzysztof do zobaczenia w Domu Ojca.
Ks. Michał Turbaczewski

-------------------------------------------------------

Jest rok 1998. Pierwsze REO wspólnoty Miriam. Zadaniem Krzysia Bożykowskiego było przytulanie osób po wylaniu Ducha Świętego nad nimi. Jedną z tych osób byłam ja. Krzysio przytulił mnie bardzo serdecznie, z radością. Emanowało od niego CIEPŁO i POKÓJ. Panie Boże, dziękuję Ci za dar Krzysia dla wspólnoty Miriam , Miłosierdzie i mnie. Chwała Panu!
Krysia Każuch

--------------------------------------------------------

Kochanego Przyjaciela Krzysia po raz pierwszy spotkałam w 2005 roku, kiedy przeżywaliśmy wspólnie rekolekcje – Boże Drogi Zbawienia. To spotkanie z nim zaowocowało dla mnie piękną przyjaźnią. Dla mnie Krzyś był przede wszystkim wiernym, oddanym, wspaniałym Przyjacielem. Zawsze chętnie wspierał mnie swoją modlitwą, podsuwał ciekawe lektury duchowe, służył radami, dzielił się swoim doświadczeniem Boga w życiu. Każda rozmowa z nim mnie ubogacała. Ceniłam jego wielką mądrość życiową. Od Krzysia wiele się nauczyłam: miłości do drugiego człowieka, przebaczenia, miłosierdzia. Dziękuję Panu Bogu, że postawił takiego Przyjaciela na mojej drodze życia. Dziękuję za jego otwarte serce, za empatię, a przede wszystkim za to, że był Bożym człowiekiem, człowiekiem PRAWDZIWEJ WIARY.
„Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną,
kto go znalazł, skarb znalazł.
Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty
ani równej wagi za wielką jego wartość.
Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia;
znajdą go bojący się Pana”.
Syr 6, 14-16
Kasia

-------------------------------------------------------------------
„ŚWIĘCI KARMIĄ SIĘ MIŁOŚCIĄ” – te słowa usłyszałam ponad 50. lat temu, gdy rozpoczynałam studia, a natłok wrażeń, dla mnie zupełnie obcych, spowodował, że pogubiłam się w swoim życiu. Wychowana w lesie, wśród delikatnych, białych brzóz i wyniosłych sosen, wśród dębów upartych, ale jakże dumnych, które dawały mi siłę do walki z codziennością; wyrwana ze środowiska, do którego niestety już nie wróciłam na dłużej nigdy – zmieniłam się w mieszczucha okaleczonego i słabego, a życie stało się bardzo trudne - czasem nawet bez serca kruszyny... Lecz Miłosierny Bóg nie zostawił mnie samej. Na ścieżce mojej codzienności stawiał co i raz innego człowieka – czasem świętego, innym razem okaleczonego, słabego, zagubionego w swoim powołaniu – bez względu na profesję jaką reprezentował. Ten fakt tłumaczę sobie tym, że widocznie Bóg Ojciec poprzez tych wszystkich – szczególnie kapłanów – nie ograniczając mojej wolności, prowadzi mnie i uczy stosując Swoją Bożą pedagogikę.
Pod koniec kwietnia 2015 roku, na VI piętrze szpitala na dalekim Ursynowie, gdy opuściłam na chwilę wytchnienia pokój bardzo chorego ks. Bpa Józefa Zawitkowskiego, podeszła do mnie niewielka niewiasta emanująca tak silną miłością, że aż dreszcz przeszył moje ciało. „Proszę pani – powiedziała Ewa – mój mąż od dwóch tygodni leży w wysokiej temperaturze po pierwszym podaniu chemii, czy mogę mieć do pani prośbę...”.
Boże pomyślałam w pierwszej chwili – dlaczego znowu chory i to tak ciężko... Przecież dopiero minęła niecała godzina, jak mojemu kochanemu Kapłanowi, przywróciłeś po raz trzeci życie, gdy w oczach miałam jeszcze ocean łez siłą woli zatrzymanych, gdy różaniec w ręku emanował nadal swoistym ciepłem, gdy zda się, że wracała nadzieja - Ty, Panie mój, stawiasz kolejnego chorego...
Tymczasem Ewa cichutko, z wielką pokorą i lekko wylękniona – tak się mi wydawało - powiedziała: „mój Krzysio jest w stanie ciężkim... Lekarze nie mogą uporać się z wysoką temperaturą – to skutek pierwszej chemii... Czy Ksiądz Biskup może go pobłogosławić?”
Boże, jak trudno mi było zdecydować za Księdza Biskupa, który usnął bardzo wyczerpany reanimacją, gdy żegnał się z tym światem – zaledwie po 40 ml pierwszej chemii.
Wybacz Ewo, że może zauważyłaś lekkie moje wahanie, mimo że wiedziałam, iż Ksiądz Biskup miałby uzasadniony żal do mnie gdybym mu Twojej prośby Ewuniu nie przekazała... Tak jak pewna byłam, że gdy usłyszy, to nawet słaniając się na nogach, pobiegnie - ten dla mnie święty Kapłan - i czynił będzie swoją kapłańską powinność.
Tak oto poznałam drugiego świętego – poznałam Krzysia – którego wspominając dzisiaj stwierdzam: „TO ŚWIĘCI KARMIĄ NAS MIŁOŚCIĄ”. I dziękuję Bogu, że dał mi poznać Was, kochani obojga – Ewo i Krzysztofie - dziś już świętej pamięci. Poznać w czasie, w którym tyle jadu gnieździ się w naszych sercach, które są pełne złości, zawiści i nienawiści, gdy zupełnie zatraciliśmy miłość bliźniego, którą tak trudno zdefiniować, a jeśli nawet coś potrafimy z niej pojąć, to nie zawsze wiemy jak kochać. Mimo tego, że wszyscy jej pragniemy, ona ciągle nas wyprzedza i przychodzi pierwsza. Często zaskakuje. Nie można jej zatrzymać czy złapać za nogi, bo ona jest darem. Najlepiej wiedzą o tym święci, którzy na długiej drodze oczyszczania się z poczucia samowystarczalności, spotykają Boga.
Miłość jest wielobarwna, prosta i zarazem złożona. Prawdziwa Miłość to siła, która przyciąga całego człowieka: rozum, uczucia, serce, ciało. Miłość cieszy się z samego istnienia. Dla niej wystarczy, że jesteśmy. W działaniu przybiera najczęściej formę aktywną, a ponieważ w Bogu zachodzi ciągła wymiana darów, którymi są same Osoby Trójcy Świętej, miłość jest z natury dialogiczna i polega na słuchaniu, odpowiadaniu, dawaniu i okazywaniu wdzięczności.

Sporadyczne były, przez te dwa lata, nasze spotkania – wszystkie w atmosferze „trudnego” szpitala – i choć krótkie - to pełne ciepła, zrozumienia, pełne duchowej miłości. Śp. Krzysztof i Ty, Ewuniu przylgnęliście do mojego i Biskupiego serca od pierwszej wizyty. Wówczas, ale i nadal, nie rozumiem dlaczego tak szybko obdarowana byłam przez Was wielkim ciepłem, niespotykaną miłością – piękną lecz bardzo bolesną. Dlaczego Krzysztof podzielił się ze mną – obcą kobietą, takim nic - Bożą miłością. Dlaczego niemal natychmiast zapałaliśmy do siebie zaufaniem i przyjaźnią. Z mojej strony po chwilowym - nie wstydzę się tego wyznać – „szoku” również nastąpił wybuch duchowej miłości – stąd może ogromny ból, a chwilami nawet bunt: dlaczego Boże zabrałeś do siebie Krzysztofa – przecież on był nam - jego przyjaciołom (nie wspomnę o rodzinie) bardzo potrzebny.
Odejście śp. Człowieka bardzo ciepłego – Bożego Apostoła – to nieodwracalna strata dla mnie okaleczonej przez życie. Jednak choć właściwie się nie znaliśmy to jednak śp. Krzysztof stanowił siłę mojej wiary w ludzi, w drugiego człowieka, który zawsze w sposób iście szlachetny i niespotykany, czasem jednym a czasem kilkoma zdaniami, otwierał moje oczy, a co za tym idzie i serce na krzyż. To dzięki niemu, srodze doświadczonemu przez chorobę Krzysztofowi, zrozumiałam i miałam odwagę wołać codziennie: Panie! Twój krzyż wydaje się absurdem, a jednak jest znakiem największej MIŁOŚCI. Pozwól mi zrozumieć wymiar krzyża w moim życiu i pokochać go tak, jak kochali Krzysztof i Ewa, bym mogła wydać owoc miłości do Ciebie Boże i do drugiego człowieka, a także do siebie samej.
Nigdy nie zapomnę trzeciego pobytu Księdza Biskupa na kolejnej chemii, po podaniu której poszedł do pokoju, w którym ostatnio spotkał śp. Krzysia i stojąc przy pustym łóżku długo się modlił – modlił się za Krzysia, za Ciebie Ewuniu i za siebie. On tak bardzo kochał Was obojga. Codziennie pytał, w naszej porannej rozmowie, o stan zdrowi Krzysztofa, przekazywał błogosławieństwo i zapewniał o pamięci w modlitwie... Codziennie sprawował Mszy św. w Waszej, a szczególnie Krzysztofa, intencji, prosząc Miłosiernego Boga, by dał Wam siły do dźwigania KRZYŻA. I wierzył, że bez względu na to, co się stanie – w Krzysztofie wypełni się Jego Święta Wola. Ufał też, że odejście Krzysia – choć po ludzku długo będzie bolało tych których on kochał i którzy jego kochali - przyniesie owoce Bogu miłe.
Odejście do Domu Ojca śp. Krzysztofa scementowało niewątpliwie – w to wierzę -Waszą Wspólnotę, ale dało i nam, a szczególnie mnie, wiele takich wskazówek, które stanowią drabinę do Nieba. W cierpieniu - z uśmiechem i miłością przyjmowanym przez Krzysztofa, odnalazłam po raz kolejny Jezusa, który „stał się chlebem życia, żeby nasycić moje pragnienie Jego Osoby, że cierpiał głód, żebym ja mogła zaspokoić Jego miłość do mnie”.
To śp. Krzysztof przypomniał mi kiedyś bł. Marię Angelę Truszkowską – założycielkę ss. Felicjanek, którą często proszę o orędownictwo u Bożego tronu, która tak napisała: „Starajmy się przede wszystkim nosić krzyż..., bo krzyż to skarb wielki, który ukrywać powinniśmy, aby go nam nie odebrano. Nie wiem, co by nas w tym długim i ciężkim życiu pocieszyć i wzmocnić zdołało więcej, jak ciągłe w miłości cierpienie”. (III, 128)
Czyż Krzysztof nie traktował tych słów Błogosławionej jako swojej dewizy na życie? – dla mnie tak, i czynił to z wielką miłością, którą się dzielił z innymi.
Pamiętam również ostatnią rozmowę z Krzysztofem: „Chcę żebyś słuchała to, co mówi moje serce...”, dodając zaraz dla jaśniejszego zrozumienia tych słów: „żebym nie zasłonił Pana Jezusa - ani sobą, ani swoim sercem... bowiem kocham ciebie Aniu i kocham „kochani moi”... nie zapomnę o was tam w Niebiańskiej Krainie... Ja też proszę was o modlitwę i czyńcie to przez wstawiennictwo św. Charbela...

Dreszcz przeszył wówczas moje ciało, a dziś przypomniały mi się Boże Słowa: „Nie bój się, robaczku Jakubie...”. I zda się, że słyszę jak Krzyś mówił już z wysokości: „Cudowny jest Pan Bóg, że podzielił czas mojego życia na kawałki, żebym miał tęsknotę adwentową..., żebym miał radość z Bożego Narodzenia..., że miałem kochaną Ewę, wielu wspaniałych przyjaciół, że wokół było tyle miłości..., ale jest też wiele złych – jak to ty mówisz Aniu „kudłatych”, którzy są przy was – i to proszę powtórz Księdzu Biskupowi... Wy jesteście silni... tylko uważajcie... i módlcie się...!
I wbił mi swoim stwierdzeniem Krzysztof prawdziwego klina: czy ja aby też tak postrzegam swoje życie, czy czas Adwentu – to u mnie okres wyczekiwania... - jaki jest on we mnie? Czy czuwam i modlę się dostatecznie – w każdej sytuacji, w każdym stanie...? Czy czynię z życia modlitwę uwielbienia wobec Pana, Który przychodzi...? Czy wybaczyłam do końca... czy nie krzywię się na krzyż...
I nic to, Krzysiu, że oczy moje na wspomnienie o Tobie wypełniają się łzami... gdy już nigdy nie usłyszę żadnego Twojego słowa, nie zobaczę delikatnego jak powiew wiosny uśmiechu, to muszę wyznać przed wszystkimi: ja w Tobie odnalazłam ciepło, wiarę, zobaczyłam Boga o Którym mówiłeś, że „jest Przedwieczny... jest dobry, bo miłość stworzył...”. To Ty Krzysztofie powtarzałeś za moim ukochanym Kapłanem, że pierwszym działającym w moim życiu jest Bóg, który jest w stanie skutecznie pokierować tym moim życiem, uleczyć moje zagubienie się w grzechu, zatrzymać choćby na chwilę ciągłe zabieganie. To dzięki Tobie zrozumiałam, że Bóg mnie nie opuścił, że się na mnie nie pogniewał, zrozumiałam i uwierzyłam, że „w Bogu dokonamy czynów pełnych mocy” (Ps 60,14). Dzięki Twojej nauce, Kochany Rekolekcjonisto, zrozumiałam jeszcze jedno, że brak świętej i głębokiej refleksji prowadzi do wyjałowienia wrażliwości na Słowo Boże i obecność innych ludzi.
Nie dziw się więc, że moja do Ciebie, kochany Krzysztofie, wdzięczność, mój brak słów by ją jak najserdeczniej wyrazić – nadal trudna jest do wypowiedzenia, że ją posyłam w Niebiańskie przestworza przez mojego Anioła Stróża, a wierząc, że jesteś szczęśliwy mówię: „do zobaczenia”. Amen!
Anna Ziółkowska
-----------------------------------------------------------

W PIERWSZĄ ROCZNICĘ ŚMIERCI- WSPOMNIENIA BOŻENKI

Śp. Krzysztof – człowiek Boży....kowski.
   Mija pierwsza rocznica śmierci Krzysztofa (13 XI). Listopad to miesiąc zadumy i refleksji nad przemijaniem. W niektóre rzeczy "aż się wierzyć nie chce", w inne "uwierzyć trudno". Czasem mówimy: "nie mówmy o tym", innym razem: "będziemy to zawsze pamiętać".
   Krzysztofa życie splotło się z moim ponad trzydzieści lat temu. I jak sięgam pamięcią do różnych okoliczności- fundamentem naszej relacji zawsze była wiara. Podejmowaliśmy przeróżne działania na różnych polach, ale wszystko, co Krzysztof czynił, sprowadzało się do wypełniania woli Bożej. Pamiętam historie, czasem zabawne, kiedy Krzysztof utyskiwał, że czegoś tam mu się nie chce robić, ale zaraz dodawał: "ale wydaje mi się, że Pan tego chce". I robił...rzeczy trudne(np. rozmowy), czasem niepopularne (decyzje), ale poprzedzone rozeznawaniem woli Bożej dla tego czasu, miejsca i ludzi. Czułam się bezpiecznie. Był dla mnie autorytetem.
   Był człowiekiem modlitwy i zawierzenia. Wiem, że zanim zamieszkał z rodziną w Ostrowi, wraz z kilkoma rodzinami z duszpasterstwa akademickiego, przygotowywali się do stworzenia wspólnoty przymierza (czasy stanu wojennego). Pragnienie powierzenia przyszłości rodziny Matce Bożej potwierdzał odczytywaniem znaków czasu: zmiana pracy (uniknięcie aresztowania w grudniu 81r.), miejsca zamieszkania (ze Szczecina do Ostrowi), przyjęcie narodzin kolejnego dziecka (synowie Krzysztofa i Ewy noszą imiona ewangelistów: Mateusz, Marek, Łukasz), życie w duchu Krucjaty Wyzwolenia Człowieka (abstynencja od alkoholu i innych używek – w domu Krzysztofa nie ma kieliszków(!) i żaden z członków rodziny nie pali).
   Nigdy nie słyszałam, żeby Krzysztof miał pragnienie dorobienia się czegoś, posiadania jakichś dóbr materialnych. Jeśli o czymś marzył, to było to... nowe wydanie Pisma Świętego(!) lub wyjazd na rekolekcje. Chciał też Boga żywego dla członków swojej rodziny – rodziny, która jest dumna z tego, kim jest, a nie z tego, co ma.
   O ludziach Krzysztof mówił z łagodnością i szacunkiem, nigdy nie atakował. Potrafił przedstawić swoje racje, ale z konfliktów wycofywał się. Miał irytująco pokorny sposób mówienia o swoich przeciwnikach (Miał ich czasem w życiu zawodowym czy w działalności społecznej.), czym mnie, raptusa, często zawstydzał.
   W naszej relacji było dużo przestrzeni na wspólną modlitwę. Łaska, którą otrzymałam od Boga poprzez osobę Krzysztofa jest zastrzykiem wiary, "że mój kraj szczęśliwy, piękny, prawdziwy, ludzie uczynni, w sercach niewinni... "Ja, to mam szczęście!
Dziękuję Ci, Krzysiu. Bożena

www.odnowa.ostrow-maz.pl